Porcupine Tree, Pure Reason Revolution – 06.07.2007 @ Warszawa, Stodoła.
Porcupine Tree już od jakiegoś czasu było na mojej liście “zespołów które muszę zobaczyć na żywo”. Inna sprawa, że z pewnością Brytyjczycy nie zajmowali na niej pierwszego miejsca. Ale że postanowili w ciągu dwóch letnich dni odwiedzić nasz piękny kraj, nie można było ich nie zobaczyć. Dodatkowym atutem był support w postaci Pure Reason Revolution, których album zrobił na mnie wielkie wrażenie, i szczerze mówiąc w przedkoncertowym okresie słuchałem znacznie więcej ich muzyki, niż twórczości Porków.
Ośmiogodzinna podróż bezpośrednim na szczęście pociągiem do Warszawy minęła niespodziewanie szybko i gładko. Wraz z moim znajomym, Pawłem, wyruszyliśmy do stolicy już w czwartek, żeby móc spokojnie, nie śpiesząc się dotrzeć na koncert dnia następnego. W piątkowe popołudnie byliśmy już u drzwi Stodoły, jako jedni z pierwszych fanów. Opłacało się postać te kilka godzin by znaleźć w pierwszym rzędzie, pod barierkami. Wcześniej, jeszcze przed otwarciem drzwi mieliśmy okazję wysłuchać próby Porcupine Tree, na której pojawiły się utwory z nowej płyty. Czekając już przed bezpośrednim wejściem na salę koncertową, spostrzegłem wśród zgromadzonej publiczności 3/4 Riverside, którzy jak nie od dziś wiadomo także są fanami twórczości Stevena Wilson i spółki. Około godziny dwudziestej udało się w końcu wejść, czy raczej wbiec na miejsce akcji, i zająć wcześniej wspomniane miejsca.
Po kilkunastu minutach oczekiwania, na scenie pojawili się muzycy Pure Reason Revolution, przywitani gromkimi brawami. Uwagę publiczności przyciągała zwłaszcza Chloe Alper. Nie tylko swoją nieprzeciętną urodą, lecz także wspaniałą grą na basie (byłem naprawdę mile zaskoczony, bo spodziewałem się raczej, że będzie grać dość oszczędnie) i klawiszach. Gorzej było ze śpiewem, ale to już bynajmniej nie z braku odpowiednich warunków głosowych. Zawiodło bowiem w ogóle nagłośnienie wokali (a oprócz Chloe śpiewali też obydwaj gitarzyści), które niknęło gdzieś w brzmieniu gitar i perkusji. Muzycznie nie było zastrzeżeń. Brytyjczycy zaprezentowali głównie utwory z drugiej płyty europejskiego wydania “The Dark Third”, pojawiły się też nowości. Widać było, że ludziom się podobało. Chloe otrzymała brawa jeszcze dwukrotnie, za każdym razem gdy pojawiała się po kolejną część sprzętu, już po zakończonym występie. Warto dodać, że muzycy PRR okazali się przemiłymi ludźmi. Niemal każdy chętny mógł po koncercie zamienić z nimi dwa słowa, otrzymać autografy i zrobić sobie zdjęcia, tuż obok trasowego sklepiku. Zabrakło jedynie Chloe. Panowie są bardzo otwarci, stale uśmiechnięci i już wyrażają chęć powrotu do naszej kochanej ojczyzny. Czekam z niecierpliwością.
Kolejne kilkananście minut przerwy, już nieco bardziej nerwowego oczekiwania. W pewnym momencie zostaje urwana sącząca się z głośników “Running Up That Hill” Kate Bush, następuje zaciemnienie, i na scenie pojawiają się bohaterowie wieczoru. O wiele niżsi i skromniejsi fizycznie niż przypuszczaliśmy
Bez zbędnych wstępów zaczynają od razu od tytułowego utworu z promowanej właśnie płyty “Fear Of A Blank Planet”. Wszystko, zwłaszcza wokale, brzmi już o wiele lepiej, choć perkusja jest może ciut za głośno. Nie przeszkadza to jednak znacząco w odbiorze. Kawałkiem numer dwa jest “Lightbulb Sun”, owacyjnie powitany przez publiczność. A to oznacza, że tego wieczoru zastosowali wariant przeplatany, to znaczy całość nowego wydawnictwa przemieszana ze starszymi utworami. Co zresztą jest moim zdaniem lepszym rozwiązaniem niż granie kompletnej “Fear…” naraz. Następuje przywitanie Stevena z Warszawą, standardowe “dziękuję” (oczywiście odpowiednio słodko zniekształcone) i informacja właśnie o tym, że zagrają dziś cały nowy album. Po czym przechodzą w “My Ashes”. Właściwie nie ma co wspominać o jakości wykonawczej każdego utworu z kolei, bo na tym etapie działalności i popularności pewien poziom musi być zachowany. Kolejne kilka słów od lidera: “Jeśli jakiś utwór jest długi, to musi znaczyć, że jest dobry, prawda?”. Prawda. Bo po prawie osiemnastominutowym “Anesthetize” kilka osób z pewnością zebrało szczęki z podłogi. Cudownie długaśny kawałek muzyki wypadł znakomicie. Okazało się, że John Wesley, standardowo wspomagający Porcupine Tree na trasach (w roli drugiego gitarzysty i wokalisty), spokojnie dał sobie radę z solówką w tym utworze, oryginalnie wykonywaną przez Alexa Lifesona z Rush.
Po chwili powrót do płyty “Deadwing”, czyli “Open Car” grany wciąż w tej kapitalnie poszerzonej koncertowej wersji. Następuje chwila oddechu przy “Gravity Eyelids”, i zatrzymujemy się w czasach albumu “In Absentia”. Wprawdzie “Drown With Me” nie znalazło się na podstawowej wersji tego krążka, ale na dwupłytowym wydaniu europejskim (które posiadam) już tak. Piękny refren znała chyba większa część przebywającej w Stodole widowni. Wracamy do teraźniejszości, kolejnym kawałkiem z “Fear Of A Blank Planet” jest bowiem “Sentimental” w trakcie którego Steven pozbywa się na moment gitary, by stanąć przy klawiszach. Ten muzycznie adekwatny do tytułu utwór znowu nieco spowolnił termpo koncertu, niejako przygotowując miejsce dla prawdziwego mocnego uderzenia. Charakterystyczny wstęp do “Blackest Eyes” wzbudził mój wielki entuzjazm, bo nie spodziewałem się go usłyszeć. I był to moim zdaniem jeden z najjaśniejszych punktów całego koncertu, może po części dla tego, że znam perfekcyjnie cały doń tekst. Ciężko znaleźć odpowiednie słowa by opisać cudowność “Half Light”. Przepiękna ballada z kapitalną solówką Wilsona wprowadziła niesamowity nastrój, w który znakomicie wpasował się następny w kolejności “Sever”. Znowuż dał o sobie znać wyrazisty refren podchwycony przez fanów. Na koniec zasadniczej części występu jeszcze dwa nowe utwory. Jak się okazało “Way Out Of Here” to nie tylko mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o nową płytę, ponieważ sam Steven Wilson także uznaje go za najlepszy moment tego albumu. “Sleep Together” ujawnił rockowe zacięcie lidera, który standardowo na bosaka miotał się po całej scenie, szalejąc z gitarą. Panowie ślicznie dziękują, machając żegnają się z nami. Ale ledwie na parę minut. Ultragłośne “porcupine”, tudzież klaskanie i tupanie nie pozwala muzykom długo przebywać za kulisami. Colin Edwin pojawia się na scenie z kieliszkiem wina i wymownym gestem z pewnością chce rzec: “cheers!”.
A bis zaczyna się od “Even Less”, z którego jestem więcej niż zadowolony. W zasadzie przy okazji każdego utworu mogłbym mówić o wspaniałości i cudowności brzmienia, wykonania i przekazu, ale po cóż się powtarzać. Instrumentalne, ciężkie “Mother And Child Divided” prowadzi już do niestety ostatniego punktu występu. Zagrane na sam koniec “Halo” jest chyba jednak zasadniczo dość średnim utworem zamykającym. Z pewnością lepiej nadawałoby się do tego “Trains”, które miałem wielką nadzieję usłyszeć. Niestety nie tym razem. Co ciekawe, kawałek ten pojawił się dzień później w Krakowie. Takie moje szczęście. Tym niemniej kończy się niezwykle udany koncert. Brytyjczycy ostatni raz kłaniają się i biją nam brawo. A my im. Zapalone światła to już ostateczny dowód na to, że nic więcej dziś ze sceny nie usłyszymy. Zostajemy jednak z Pawłem jeszcze dłuższą chwilę na miejscu, co zaowocowało plakatami promującymi “Fear Of A Blank Planet”, oraz setlistą z rąk jednego z technicznych zespołu. Przy wyjściu spełniło się jeszcze jedno moje małe marzenie. Mianowicie dostrzegłem Piotra Kaczkowskiego, i nie omieszkałem uścisnąć mu prawicy
Przed opuszczeniem Stodoły miało miejsce wymienione już spotkanie z Pure Reason Revolution. Ceny w sklepiku jak zwykle raczej odstraszały, choć nie brakowało chętnych do zakupienia koszulki czy płyt.
Niemal zupełnie bezproblemowo dotarliśmy do naszej zaprzyjaźnionej noclegowni. Działo się to około 1:30. Natomiast o 3:55 nastąpiła pobudka, spowodowana chęcią zdążenia na pociąg o szóstej rano. Tak więc po trochę ponad dwóch godzinach snu spędziliśmy kolejne osiem godzin w pociągu, by około czternastej zameldować się na docelowej stacji. Cały wyjazd był niezwykle udany. Porcupine Tree nie zawiodło, był to z pewnością jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy koncert na jakim miałem okazję być. Niepotwierdzona jeszcze oficjalnie informacja mówi, że już w listopadzie możemy spodziewać się kolejnego koncertu Brytyjczyków. Tym razem w Poznaniu. Jest to dla mnie wiadomość podwójnie radosna. Po pierwsze można spodziewać się znowu wspaniałego występu, po drugie będzie mi nań znacznie bliżej. Byle do jesieni.
Setlista Pure Reason Revolution:
In Aurelia
Borgens Vor
Deus Ex Machina
Bright Ambassadors of Morning
Victorious Cupid
Voices in Winter/In the Realms of the Divine
The Twyncyn/Trembling Willows
Golden Clothes
Setlista Porcupine Tree:
Fear Of A Blank Planet
Lightbulb Sun
My Ashes
Anesthetize
Open Car
Gravity Eyelids
Drown With Me
Sentimental
Blackest Eyes
Half Light
Sever
Way Out Of Here
Sleep Together
———
Even Less
Mother And Child Divided
Halo
Koncertowe souveniry (autografy na bilecie autorstwa męskiej części Pure Reason Revolution):

(kliknij by powiększyć)