Porcupine Tree – Stop Swimming

•22 sierpień 2007 • Dodaj komentarz

“Stop Swimming”
z albumu “Stupid Dream”

This song leaks out onto the pavement
It could be a joke, it could be a statement
The more that I fake it and pretend I don’t care
The more you can read in to what isn’t there

Maybe it’s time to stop swimming
Maybe it’s time to find out where I’m at
What I should do and where I should be
But no-one will give me a map

I’ll leave now this can’t continue
But I forget which door I came through
And I know that the lift can be painfully slow
So I think I’ll leave through the window

***

“Przestać płynąć”

Ta piosenka wycieka na chodnik
To może być żart, albo oświadczenie
Im bardziej to fałszuję i udaję że mi nie zależy
Tym bardziej możesz widzieć coś, czego tam nie ma

Może czas przestać płynąć
Może czas sprawdzić gdzie teraz jestem
Gdzie powinienem być i co robić
Ale nikt nie da mi mapy

Odejdę teraz, tak nie może dłużej być
Lecz zapomnę którymi drzwiami przyszedłem
Wiem, że winda może być okropnie wolna
Więc chyba wyjdę oknem

***

Długa przerwa nastąpiła we właściwie jakimkolwiek pisaniu, a spowodowane było to zupełnym odmóżdżaniem się, czyli czymś, czego od dawna pragnąłem.

 Tymczasem wracam z tekstem Porcupine Tree. Z tego co pamiętam już dawno chciałem dokonać jakiegoś tłumaczenia tekstu Jeżozwierzy, ale nie mogłem na żaden się zdecydować. A jako, że właściwie przed chwilą nastąpiło właściwe zauroczenie tym utworem – oto jest.

Niedługo mam nadzieję być na pewnym koncercie na świeżym powietrzu, i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie omieszkam podzielić się wrażeniami.

Porcupine Tree, Pure Reason Revolution – 06.07.2007 @ Warszawa, Stodoła

•21 lipiec 2007 • Dodaj komentarz

Porcupine Tree, Pure Reason Revolution – 06.07.2007 @ Warszawa, Stodoła.

Porcupine Tree już od jakiegoś czasu było na mojej liście “zespołów które muszę zobaczyć na żywo”. Inna sprawa, że z pewnością Brytyjczycy nie zajmowali na niej pierwszego miejsca. Ale że postanowili w ciągu dwóch letnich dni odwiedzić nasz piękny kraj, nie można było ich nie zobaczyć. Dodatkowym atutem był support w postaci Pure Reason Revolution, których album zrobił na mnie wielkie wrażenie, i szczerze mówiąc w przedkoncertowym okresie słuchałem znacznie więcej ich muzyki, niż twórczości Porków.

Ośmiogodzinna podróż bezpośrednim na szczęście pociągiem do Warszawy minęła niespodziewanie szybko i gładko. Wraz z moim znajomym, Pawłem, wyruszyliśmy do stolicy już w czwartek, żeby móc spokojnie, nie śpiesząc się dotrzeć na koncert dnia następnego. W piątkowe popołudnie byliśmy już u drzwi Stodoły, jako jedni z pierwszych fanów. Opłacało się postać te kilka godzin by znaleźć w pierwszym rzędzie, pod barierkami. Wcześniej, jeszcze przed otwarciem drzwi mieliśmy okazję wysłuchać próby Porcupine Tree, na której pojawiły się utwory z nowej płyty. Czekając już przed bezpośrednim wejściem na salę koncertową, spostrzegłem wśród zgromadzonej publiczności 3/4 Riverside, którzy jak nie od dziś wiadomo także są fanami twórczości Stevena Wilson i spółki. Około godziny dwudziestej udało się w końcu wejść, czy raczej wbiec na miejsce akcji, i zająć wcześniej wspomniane miejsca.

Po kilkunastu minutach oczekiwania, na scenie pojawili się muzycy Pure Reason Revolution, przywitani gromkimi brawami. Uwagę publiczności przyciągała zwłaszcza Chloe Alper. Nie tylko swoją nieprzeciętną urodą, lecz także wspaniałą grą na basie (byłem naprawdę mile zaskoczony, bo spodziewałem się raczej, że będzie grać dość oszczędnie) i klawiszach. Gorzej było ze śpiewem, ale to już bynajmniej nie z braku odpowiednich warunków głosowych. Zawiodło bowiem w ogóle nagłośnienie wokali (a oprócz Chloe śpiewali też obydwaj gitarzyści), które niknęło gdzieś w brzmieniu gitar i perkusji. Muzycznie nie było zastrzeżeń. Brytyjczycy zaprezentowali głównie utwory z drugiej płyty europejskiego wydania “The Dark Third”, pojawiły się też nowości. Widać było, że ludziom się podobało. Chloe otrzymała brawa jeszcze dwukrotnie, za każdym razem gdy pojawiała się po kolejną część sprzętu, już po zakończonym występie. Warto dodać, że muzycy PRR okazali się przemiłymi ludźmi. Niemal każdy chętny mógł po koncercie zamienić z nimi dwa słowa, otrzymać autografy i zrobić sobie zdjęcia, tuż obok trasowego sklepiku. Zabrakło jedynie Chloe. Panowie są bardzo otwarci, stale uśmiechnięci i już wyrażają chęć powrotu do naszej kochanej ojczyzny. Czekam z niecierpliwością.

Kolejne kilkananście minut przerwy, już nieco bardziej nerwowego oczekiwania. W pewnym momencie zostaje urwana sącząca się z głośników “Running Up That Hill” Kate Bush, następuje zaciemnienie, i na scenie pojawiają się bohaterowie wieczoru. O wiele niżsi i skromniejsi fizycznie niż przypuszczaliśmy :) Bez zbędnych wstępów zaczynają od razu od tytułowego utworu z promowanej właśnie płyty “Fear Of A Blank Planet”. Wszystko, zwłaszcza wokale, brzmi już o wiele lepiej, choć perkusja jest może ciut za głośno. Nie przeszkadza to jednak znacząco w odbiorze. Kawałkiem numer dwa jest “Lightbulb Sun”, owacyjnie powitany przez publiczność. A to oznacza, że tego wieczoru zastosowali wariant przeplatany, to znaczy całość nowego wydawnictwa przemieszana ze starszymi utworami. Co zresztą jest moim zdaniem lepszym rozwiązaniem niż granie kompletnej “Fear…” naraz. Następuje przywitanie Stevena z Warszawą, standardowe “dziękuję” (oczywiście odpowiednio słodko zniekształcone) i informacja właśnie o tym, że zagrają dziś cały nowy album. Po czym przechodzą w “My Ashes”. Właściwie nie ma co wspominać o jakości wykonawczej każdego utworu z kolei, bo na tym etapie działalności i popularności pewien poziom musi być zachowany. Kolejne kilka słów od lidera: “Jeśli jakiś utwór jest długi, to musi znaczyć, że jest dobry, prawda?”. Prawda. Bo po prawie osiemnastominutowym “Anesthetize” kilka osób z pewnością zebrało szczęki z podłogi. Cudownie długaśny kawałek muzyki wypadł znakomicie. Okazało się, że John Wesley, standardowo wspomagający Porcupine Tree na trasach (w roli drugiego gitarzysty i wokalisty), spokojnie dał sobie radę z solówką w tym utworze, oryginalnie wykonywaną przez Alexa Lifesona z Rush.

Po chwili powrót do płyty “Deadwing”, czyli “Open Car” grany wciąż w tej kapitalnie poszerzonej koncertowej wersji. Następuje chwila oddechu przy “Gravity Eyelids”, i zatrzymujemy się w czasach albumu “In Absentia”. Wprawdzie “Drown With Me” nie znalazło się na podstawowej wersji tego krążka, ale na dwupłytowym wydaniu europejskim (które posiadam) już tak. Piękny refren znała chyba większa część przebywającej w Stodole widowni. Wracamy do teraźniejszości, kolejnym kawałkiem z “Fear Of A Blank Planet” jest bowiem “Sentimental” w trakcie którego Steven pozbywa się na moment gitary, by stanąć przy klawiszach. Ten muzycznie adekwatny do tytułu utwór znowu nieco spowolnił termpo koncertu, niejako przygotowując miejsce dla prawdziwego mocnego uderzenia. Charakterystyczny wstęp do “Blackest Eyes” wzbudził mój wielki entuzjazm, bo nie spodziewałem się go usłyszeć. I był to moim zdaniem jeden z najjaśniejszych punktów całego koncertu, może po części dla tego, że znam perfekcyjnie cały doń tekst. Ciężko znaleźć odpowiednie słowa by opisać cudowność “Half Light”. Przepiękna ballada z kapitalną solówką Wilsona wprowadziła niesamowity nastrój, w który znakomicie wpasował się następny w kolejności “Sever”. Znowuż dał o sobie znać wyrazisty refren podchwycony przez fanów. Na koniec zasadniczej części występu jeszcze dwa nowe utwory. Jak się okazało “Way Out Of Here” to nie tylko mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o nową płytę, ponieważ sam Steven Wilson także uznaje go za najlepszy moment tego albumu. “Sleep Together” ujawnił rockowe zacięcie lidera, który standardowo na bosaka miotał się po całej scenie, szalejąc z gitarą. Panowie ślicznie dziękują, machając żegnają się z nami. Ale ledwie na parę minut. Ultragłośne “porcupine”, tudzież klaskanie i tupanie nie pozwala muzykom długo przebywać za kulisami. Colin Edwin pojawia się na scenie z kieliszkiem wina i wymownym gestem z pewnością chce rzec: “cheers!”.

A bis zaczyna się od “Even Less”, z którego jestem więcej niż zadowolony. W zasadzie przy okazji każdego utworu mogłbym mówić o wspaniałości i cudowności brzmienia, wykonania i przekazu, ale po cóż się powtarzać. Instrumentalne, ciężkie “Mother And Child Divided” prowadzi już do niestety ostatniego punktu występu. Zagrane na sam koniec “Halo” jest chyba jednak zasadniczo dość średnim utworem zamykającym. Z pewnością lepiej nadawałoby się do tego “Trains”, które miałem wielką nadzieję usłyszeć. Niestety nie tym razem. Co ciekawe, kawałek ten pojawił się dzień później w Krakowie. Takie moje szczęście. Tym niemniej kończy się niezwykle udany koncert. Brytyjczycy ostatni raz kłaniają się i biją nam brawo. A my im. Zapalone światła to już ostateczny dowód na to, że nic więcej dziś ze sceny nie usłyszymy. Zostajemy jednak z Pawłem jeszcze dłuższą chwilę na miejscu, co zaowocowało plakatami promującymi “Fear Of A Blank Planet”, oraz setlistą z rąk jednego z technicznych zespołu. Przy wyjściu spełniło się jeszcze jedno moje małe marzenie. Mianowicie dostrzegłem Piotra Kaczkowskiego, i nie omieszkałem uścisnąć mu prawicy :) Przed opuszczeniem Stodoły miało miejsce wymienione już spotkanie z Pure Reason Revolution. Ceny w sklepiku jak zwykle raczej odstraszały, choć nie brakowało chętnych do zakupienia koszulki czy płyt.

Niemal zupełnie bezproblemowo dotarliśmy do naszej zaprzyjaźnionej noclegowni. Działo się to około 1:30. Natomiast o 3:55 nastąpiła pobudka, spowodowana chęcią zdążenia na pociąg o szóstej rano. Tak więc po trochę ponad dwóch godzinach snu spędziliśmy kolejne osiem godzin w pociągu, by około czternastej zameldować się na docelowej stacji. Cały wyjazd był niezwykle udany. Porcupine Tree nie zawiodło, był to z pewnością jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy koncert na jakim miałem okazję być. Niepotwierdzona jeszcze oficjalnie informacja mówi, że już w listopadzie możemy spodziewać się kolejnego koncertu Brytyjczyków. Tym razem w Poznaniu. Jest to dla mnie wiadomość podwójnie radosna. Po pierwsze można spodziewać się znowu wspaniałego występu, po drugie będzie mi nań znacznie bliżej. Byle do jesieni.

Setlista Pure Reason Revolution:

In Aurelia
Borgens Vor
Deus Ex Machina
Bright Ambassadors of Morning
Victorious Cupid
Voices in Winter/In the Realms of the Divine
The Twyncyn/Trembling Willows
Golden Clothes

Setlista Porcupine Tree:

Fear Of A Blank Planet
Lightbulb Sun
My Ashes
Anesthetize
Open Car
Gravity Eyelids
Drown With Me
Sentimental
Blackest Eyes
Half Light
Sever
Way Out Of Here
Sleep Together
———
Even Less
Mother And Child Divided
Halo

Koncertowe souveniry (autografy na bilecie autorstwa męskiej części Pure Reason Revolution):

souvenirs.jpg

(kliknij by powiększyć)

Spock’s Beard – Ghosts Of Autumn

•16 lipiec 2007 • Dodaj komentarz

“Ghosts Of Autumn”
z albumu “Feel Euphoria”

Listen to the whisper of the rain
Voices in the mist
Beyond your window
And you remember
Days of love she spun a web of chains
That wrapped around your heart
And when you held her
You held forever

Green to grey
As forever slipped away
And down through the years
The seasons changed
Still a cold wind blows today
No sun to melt the frost
Because she’s lost among the
Ghosts of autumn

Fate’s a quiet river at your feet
It rose up slow and dark
Without a warning
And pulled you under
Now she’s gone but haunting every dream
Scattered on the wind
And in the rolling
Of distant thunder

Green to grey
As forever slipped away
And down through the years
The seasons changed
Still a cold wind blows today
No sun to melt the frost
Because she’s lost among the
Ghosts of autumn

***

“Duchy jesieni”

Posłuchaj szeptu deszczu
Głosów we mgle
Za twym oknem
I już pamiętasz
Dni gdy z miłości tkała sieć więzów
Które oplatały twoje serce
I gdy trzymałeś ją
Trzymałeś na zawsze

Z zielonego w szarość
Nieskończoność oddaliła się
I poprzez lata
Zmieniały się pory roku
Dziś wciąż dmie chłodny wiatr
Nie ma słońca które roztopiłoby lód
Bo ona jest gdzieś zagubiona
Pomiędzy duchami jesieni

Los jest cichą rzeką pod twoimi stopami
Wzbierał powoli w ciemności
Bez ostrzeżenia
Wciągnął cię pod wodę
Ona odeszła, lecz nawiedza każdy sen
Rozrzucona na wietrze
I w odgłosach dalekiej burzy

Z zielonego w szarość
Nieskończoność oddaliła się
I poprzez lata
Zmieniały się pory roku
Dziś wciąż dmie chłodny wiatr
Nie ma słońca które roztopiłoby lód
Bo ona jest gdzieś zagubiona
Pomiędzy duchami jesieni

***

Kolejna dość smutna piosenka z dość smutnym tekstem. Pole do popisu dla Ryo Okumoto, klawiszowca Spocksów, który tutaj czaruje swoim fortepianem (lub pianinem). Druga ważna rzecz to śpiew. Nick D’Virgilio jest przede wszystkim naprawdę znakomitym perkusistą, ale czasami mam naprawdę trudności by stwierdzić co wychodzi mu lepiej – granie na bębnach czy śpiewanie. Świetnie oddaje w tym wypadku wymowę tekstu. Po części zasadniczej, a przed finalnym refrenem mamy także trochę typowo progresywnego grania, ale wciąż nacechowanego balladowością. Mój ulubiony utwór z płyty “Feel Euphoria”.

Opeth – Damnation

•15 lipiec 2007 • 1 komentarz

Opeth – Damnation

 damnation1.jpg

1. Windowpane
2. In My Time Of Need
3. Death Whispered A Lullaby
4. Closure
5. Hope Leaves
6. To Rid The Disease
7. Ending Credits
8. Weakness

Album “Damnation” był nagrywany równocześnie z płytą “Deliverance”, i z tego, co można przeczytać na oficjalnej stronie Opeth, nie było to przyjemne doświadczenie dla zespołu. Mikael Åkerfeldt, lider kapeli, miał niejednokrotnie ochotę rzucić wszystko w diabły i wrócić do domu. I trudno mu się dziwić biorąc pod uwagę wszelkie nieszczęścia stające na drodze do ukończenia albumu. Grupa nagrywała najpierw w jednym studiu w Szwecji, by później miksować część w kolejnym szwedzkim studiu – Fredman. Potem coś tam miksował jeszcze Andy Sneap w Anglii, a na koniec Mikael dogrywał wokale do trzech utworów z “Damnation” w No Man’s Land, studiu Stevena Wilsona. I niech ktoś powie, że zajmowanie się muzyką to same przyjemności. Ale przechodząc do zawartości omawianego albumu…

“Damnation” jest płytą dość eksperymentalną. Szwedzi zrezygnowali tu w ogóle z ultraciężkich gitar, podwójnej stopy i growlowanego wokalu. Nagrywając jednocześnie utwory utrzymane bardziej w stylu Opeth (które znalazły się na “Deliverance”), mogli pokazać w pełni także łagodniejszę stronę swojej muzyki. Moim zdaniem wyszło im doskonale.

Zasadniczo nie ma tu wiodącego instrumentu. Osobiście pochwaliłbym bas i klawisze. Tutaj ujawnia się pomoc Stevena Wilsona z Porcupine Tree (i miliona innych projektów), który nie tylko nadał płycie odpowiednie brzmienie, ale także zagrał na klawiszach, i wszelkich klawiszopodobnych instrumentach, kreując niesamowity nastrój. Co do produkcji, cóż, zdarzały mu się lepsze, ale brzmienie basu jest znakomite. Chociażby w “Hope Leaves”, gdzie jest świetnie słyszalny tuż po refrenie. Nie zachwyca natomiast perkusja, werbel brzmi po prostu straszliwie płasko. Widocznie nie można mieć wszystkiego.

“Windowpane”, albumowy otwieracz od razu wprowadza nas w niesamowitą, lekko oniryczną atmosferę tego krążka. Pojawia się wyraźny bas (kolejna znakomita partia Martina Mendeza), i niemal od razu słyszymy czyściutki jak nigdy głos Åkerfeldta. Na tle akustycznych gitar wybija się elektryczna solówka. Powrót do zwrotki, kolejne świetne solo, i tak niesamowicie szybko upływa te prawie osiem minut. Nie można zapomnieć o klawiszowych pasażach Wilsona. Klimat! Jednocześnie płyta nie jest bynajmniej jednostajna. A to zdarzy się motyw orientalny (“Closure”), a to pojawia się nieco jakby bardziej radosny utwór instrumentalny (“Ending Credits”). Z kolei “Weakness” to już jedynie przytłumiony głos, wołający gdzieś z oddali.

“Damnation” to album dość krótki, bo czymże jest ledwie trochę ponad czterdzieści minut muzyki, gdy jest się przyzwyczajonym do krążków trwających godzinę z okładem. Nie jest to w żadnym wypadku minusem, bowiem gdy nikną ostatnie dźwięki końcowego utworu ma się ochotę nacisnąć play raz jeszcze. Wraca się do muzyki Szwedów z jeszcze większym niedosytem, a zawartość nie nudzi się ani trochę. Jasne, dałoby się podzielić ten materiał, wyróżnić momenty nieco słabsze, ale zasadniczo nie ma takiej potrzeby, gdyż całość łyka się zupełnie bezboleśnie. Ba, z wielką przyjemnością. Polecam ten album nie tylko na te czarniejsze dni, choć na takie z pewnością najlepiej się nadaje z powodu swego klimatu. Słucha się go z radością w każdych okolicznościach.

Nevermore – Sell My Heart For Stones

•14 lipiec 2007 • Dodaj komentarz

“Sell My Heart For Stones”
z albumu “This Godless Endeavor”

Did you ever wonder why the wind blows cold?
Did you ever realize your face is painted on my soul?

In between your whispers so sincere
I’ll catch you when you fall
Through the eyes of broken innocence
I’d sell my heart for stones
Leave it all behind and fade away
To feel your purest blue
I can feel your purest blue, for you I must be strong
For I don’t know right from wrong

Did you ever wonder why they all have gone away?
Did you ever realize that nothing changes, everything stays the same?

In between your whispers so sincere
I’ll catch you when you fall
Through the eyes of broken innocence
I’d sell my heart for stones
Leave it all behind and fade away
To feel your purest blue
I can feel your purest blue, for you I must be strong
For I don’t know right from wrong

I will lay in the gentle hands of your controlling gaze
I will be your servant through your darkest days
I will make the sacrifice and change just for you
I will dive into the essence of your purest blue

In between your whispers so sincere
I’ll catch you when you fall
Through the eyes of broken innocence
I’d sell my heart for stones
Leave it all behind and fade away
To feel your purest blue
I can feel your purest blue, for you I must be strong
For I don’t know right from wrong
***
“Sprzedam moje serce za kamienie”
Czy kiedykolwiek się zastanawiałaś czemu zimny wieje wiatr?
Czy kiedykolwiek zdawałaś sobie sprawę, że twoja twarz jest namalowana na mojej duszy?

Pomiędzy twymi tak szczerymi szeptami
Złapię cię gdy upadniesz
Poprzez oczy straconej niewinności
Sprzedam moje serce za kamienie
Zostawię wszystko za sobą i zniknę
By poczuć twój najczystszy błękit
Mogę poczuć twój najczystszy błękit, dla ciebie musże być silny
Bo nie odróżniam dobra od zła

Czy kiedykolwiek się zastanawiałaś czemu oni wszyscy odeszli?
Czy kiedykolwiek zdawałaś sobie sprawę, że nic się nie zmienia, wszystko zostaje takie same?

Pomiędzy twymi tak szczerymi szeptami
Złapię cię gdy upadniesz
Poprzez oczy straconej niewinności
Sprzedam moje serce za kamienie
Zostawię wszystko za sobą i zniknę
By poczuć twój najczystszy błękit
Mogę poczuć twój najczystszy błękit, dla ciebie musże być silny
Bo nie odróżniam dobra od zła

Będę leżał w delikatnych dłoniach twego kontrolującego spojrzenia
Będę twym sługą w najczarniejsze dni
Poświęcę się i zmienię tylko dla ciebie
Zanurkuję w esencję twego najczystszego błękitu

Pomiędzy twymi tak szczerymi szeptami
Złapię cię gdy upadniesz
Poprzez oczy straconej niewinności
Sprzedam moje serce za kamienie
Zostawię wszystko za sobą i zniknę
By poczuć twój najczystszy błękit
Mogę poczuć twój najczystszy błękit, dla ciebie musże być silny
Bo nie odróżniam dobra od zła

Genesis – Calling All Stations

•4 lipiec 2007 • 2 komentarzy

Genesis – Calling All Stations

1. Calling All Stations
2. Congo
3. Shipwrecked
4. Alien Afternoon
5. Not About Us
6. If That’s What You Need
7. The Dividing Line
8. Uncertain Weather
9. Small Talk
10. There Must Be Some Other Way
11. One Man’s Fool

Tak to już jest, że kiedy zespół staje się wielki to zaczyna posiadać rzesze nadzwyczaj oddanych i ortodoksyjnych fanów. I potem musi się liczyć z ich negatywnym nastawieniem do wszelkiego rodzaju zmian, które według nich mogą spowodować, że ich ukochany zespół nie będzie już “taki sam”. Taka sytuacja spotykała Genesis kilkakrotnie. Pierwszy raz w okresie “The Lamb Lies Down On Broadway”. W tym czasie zespół stał się już na tyle popularny, że decyzja o odejściu Petera Gabriela, frontmana zespołu, wzbudziła dość skrajne emocje. Następnie gdy odchodził gitarzysta Steve Hackett. W końcu gdy zespół poszedł w bardziej melodyjnym, popowym kierunku, już pod przewodnictwem Phila Collinsa. Czegokolwiek by panowie nie uczynili trzeba było przyznać, że najwyraźniej wiedzą czego chcą, i nie pragną za wszelką cenę zamykać się w szufladce z napisem “ambitne brzmienia”. W każdym razie kolejny ważny moment w dziejach zespołu to rok 1993. Po nagraniu albumu “We Can’t Dance” i trasie promującej album, Phil Collins zdecydował się opuścić kolegów, koncentrując się na działalności solowej. Tony Banks i Mike Rutheford po bardzo długich namysłach zdecydowali się jednak kontynuować wspólne granie pod nazwą Genesis,przedłużając tym samym życie grupie.W wyniku sporej selekcji ostatecznie na placu boju o pozycję nowego wokalisty pozostało dwóch kandydatów. Zwyciężył Ray Wilson.

Ten urodzony w Dumfries Szkot karierę muzyczną rozpoczął w zespole Guaranteed Pure, a można było o nich usłyszeć m.in. dzięki składance skompilowanej przez Fisha z Marillion. Na niej znalazł się utwór “Swing Your Bag”. Sławę przyniosła natomiast Rayowi współpraca z zespołem Stiltskin. Wylansowany przez nich utwór “Inside” szturmem wziął listy przebojów po obu stronach oceanu, wdzierając się na pierwsze miejsca. Został rozpropagowany także dzięki reklamie Levisa. W każdym razie w relacjach międzyludzkich w zespole nie było już tak różowo,przez co album “The Mind’s Eye” pozostał jedynym wydawnictwem Stiltskin aż do czasu reaktywacji przez Raya (pod nazwą Ray Wilson & Stiltskin) w 2006 roku. Ale wracając…

Z panem Wilsonem na pokładzie weterani rocka rozpoczęli komponowanie kolejnego albumu w karierze Genesis. W założeniach miał być powrotem do starszych czasów, tych spod znaku Gabriela, bo podobno głos Raya budzi jakieś skojarzenia z głosem Petera (jakby się uprzeć…). Już podczas przesłuchań ukształtowała się pierwsza wersja utworu “There Must Be Some Other Way”. Wkrótce powstał materiał, który wypełnił wydany w 1997 roku krążek “Calling All Stations”.

Nie wiem czy to jakaś taktyka zespołu by uzależnić słuchacza już od początku, bo na pierwszy ogień idzie utwór tytułowy, moim zdaniem najlepszy na albumie. Jak można przeczytać w wywiadach z tamtego okresu, muzyków też. I miał to być singiel. Wytwórnia jednak wolała “Congo”, kawałek numer dwa, do którego nakręcono bardzo kosztowny teledysk, a muzyków z pewnością na jego planie porządnie zmoczyło. Singiel nie przyniósł jakichś wielkich zysków, nie zyskał też oszałamiającej popularności. Powróćmy lecz do “Calling All Stations”. Piosenka rozpoczyna się dość drapieżną partią gitary i mocnymi uderzeniami perkusji (na płycie jest dwóch perkusistów: Nir Z, który potem pojechał z muzykami w trasę promującą album, oraz znany ze Spock’s Beard pan zwący się Nick D’Virgilio). Następuje lekkie wyciszenie i po raz pierwszy pojawia się cudowny głos Raya. Utwór jest zasadniczo dość mroczny, opowiada o człowieku, który gubi się gdzieś w górach. Wzywa pomocy, i oczekując nieuchronnego końca rozpamiętuje swoje życie, wszystkie zmarnowane szanse i rzeczy których nigdy nie miał odwagi zrobić. Z pewnością do tego tekstu kiedyś powrócę. Warto zwrócić uwagę na fragment rozpoczynający się od słów “Why is it now, when it’s too late…”, przechodzący w nieformalny refren. Jest to jeden z najlepszych momentów całego albumu. Piosenka kończy się wyciszeniem, w oddali wybrzmiewają jeszcze instrumenty i głos Wilsona.

Drugi numer, wspomniany przed chwilą “Congo” to iście afrykańskie klimaty na początek, a następnie dość zgrabny kawałek z zapamiętywalnym refrenem. Tyle, że po kilkunastu odtworzeniach może się przejeść. Jako trzecia na płycie melduje się ballada “Shipwrecked”, kolejny singiel. Do dziś wykonywana przez Raya na solowych koncertach. Zgrabny utwór, choć niektórym może wydać się wręcz przesłodzony, a jeśli tak jest, to “If That’s What You Need” już z pewnością bardziej sprawia takie wrażenie. Dość banalny tekst wsparty tłem w postaci spokojnych, rozpływających się gdzieś w oddali melodii. Pomiędzy nimi mamy jeszcze dwa utwory. “Alien Afternoon” to miejscami reggae’ujący kawałek, w finale jednak już dość dramatyczny, głównie za sprawą wokalu Wilsona. Natomiast numer pięć to najbardziej obok “Congo” znany utwór, kolejny singiel – “Not About Us”. Gitara akustyczna współgra tu z wyważonym głosem Raya. Jest to z pewnością także jeden z mocniejszych punktów płyty.

“The Dividing Line” to przede wszystkim popis perkusisty. Ten instrument odgrywa tu wiodącą rolę, a urozmaicony rytm i przejścia robią niezwykłe wrażenie. Niejako w tle mieni się reszta dźwięków kreowanych przez pozostałych muzyków. Być może zbyt dosłownie odbieram tytuł kolejnego utworu, bo zawsze gdy słyszę pierwsze nuty “Uncertain Weather” oczami duszy (chyba, że akurat doświadczam tego na żywo) widzę zachmurzone niebo i unoszącą się w powietrzu mgłę. Smutny to utwór, opowiadający historię “jeszcze jednego z wielu takich samych”. Tekst ten jest gdzieś niedaleko w kolejce tych do tłumaczenia, także cierpliwości. Muzycznie atmosferę kreują tu klawisze Banksa, oraz dramatyczny (znowu) śpiew Wilsona w refrenie. W ogóle końcówka płyty robiłaby świetne wrażenie, gdyby nie jedno “ale”. Nazywa się ono “Small Talk” i jest dla mnie zdecydowanie najsłabszym momentem na płycie. Sielankowy dość klimat nie pasuje zupełnie do reszty albumu i zwyczajnie odstaje poziomem. Nie ratuje tej piosenki nawet nienajgorszy refren. Na szczęście na koniec dostajemy dwa iście smakowite kąski. Powiedziałbym nawet, że “There Must Be Some Other Way” lepiej pasowałby jako utwór zamykający cały album. Jednak tandem Rutheford-Banks zadecydował inaczej, dlatego ostatecznie krążek kończy się po 67 minutach piosenką “One Man’s Fool”, niemal dziewięciominutowym, urozmaiconym graniem z dość lekkim refrenem.

To, że dla wielu fanów “Calling All Stations” jest nie do przetrawienia nie zmienia faktu, że Genesis nagrało kolejną świetną płytę w swej karierze. Atutem jest zwłaszcza głos Raya, z pewnością dobrze też podziałało na doświadczonych muzyków pojawienie się świeżej krwi w osobie Nira Z. Jest to obecnie jeden z moich najukochańszych albumów, i strasznie żałuję, że nie mogłem być w 1998 roku w Katowicach na koncercie tego składu. Zwyczajnie nie wiedziałem jeszcze co się święci, choć pamiętam skrawki z transmisji TVP, która nadawała na żywo cały występ grupy. Na ponowną trasę w tym składzie nie ma szans, można natomiast usłyszeć kilka utworów z tej płyty na koncertach Raya, solo czy ze Stiltskin. Ostatnio pan Wilson strasznie sobie Polskę upodobał. Tak więc na koncerty marsz, albo w domach odtwarzać ten album. Bo warto.

Arena – Solomon

•29 czerwiec 2007 • Dodaj komentarz

“Solomon”
z albumu “Songs From The Lions Cage”

In the distance
Hidden from sight – patiently waiting for me
Part of the night – enemy mine
This horizon
Darkness and light – opposites drawn together, one forever
Wrong and the right – enemy mine
Now is the time to decide……

Don’t answer me with the same old questions
Don’t patronise with those tired old solutions
I’ve heard these before, I’ve been here before
Don’t pay me back with the same old deceptions
Don’t give me facts and predictable suggestions
I’ve heard these before, I’ve been here before
Then you’re screaming all the time
You don’t listen any more

When you threw out the hope with the dustbin liners
You were standing alone with your coat of kindness
Covered in mud – it was soaked in my blood
When you fed me to the lions
in your personal arena
And you watched till the cries and the prayers grew weaker
Head in my hands – Dripping tears in the sand
The roar of the lions
As the victim lies damned and alone…….

When agony comes more from hope than failure
Look further than your preconceptions, expectations
Where the power of the mind can take you out beyond this reach
Higher than the dull and simple world you know so well
Back to paradise…….

Who keeps the child – Tell me which is the mother?
The need in her eye, and the eyes of the other
And I’ve seen this before, I’ve been here before
Cut the child in half, give a piece to each woman
A desperate chance, when the last hope has fallen
Just like before, I’ve felt this before
And the gurgles of laughter
Are echoes once more in my heart

So I lie down in my mothers arms
And I cry in my mothers arms, praying
Praying for the end to come…..
A friend to come and rescue me – right now
So I listen to my mother’s voice
And I listen to the only choice she had to make
Living fear, cold and naked
Throw me away? Don’t throw me away
“Take the child – it’s yours!”
Was the only thing she could have said…..

Does it matter to you?
In the lion’s cage we’re all the same
Does it matter to you?
It’s a child’s game with a child’s name
Does it matter to you?
If I place the blame upon your shoulders
Don’t try to fool the world
Don’t try to rule the world again…..

Throw away my life in the fireplace
With the old love letters
And the Nottingham laces;
Trying to forget the warm embraces
Video suppers and the funny faces
Does it matter to you?
Does it matter to you?
Does it matter to you?
Does it matter at all?

***

“Salomon”

Gdzieś w oddali
Ukryty przed wzrokiem – cierpliwie czeka na mnie
Część nocy – mój wróg
Ten horyzont
Ciemność i światło – sprzeczności zjednoczone, złączone na zawsze
Błędny i właściwy – mój wróg
Przyszedł czas na decyzję…

Nie odpowiadaj mi tymi samymi starymi pytaniami
Nie wspieraj tymi samymi starymi rozwiązaniami
Słyszałem to wcześniej, byłem tu wcześniej
Nie odpłacaj mi tymi samymi starymi oszustwami
Nie podsuwaj faktów i przewidywalnych sugestii
Słyszałem je wcześniej i byłem tu wcześniej

Gdy wyrzuciłeś nadzieję wraz z workami na śmieci
Stałeś samotnie w swoim płaszczu dobroci
Pokryty błotem – ono wsiąknęło w moją krew
Gdy nakarmiłeś mną lwy
Na swojej prywatnej arenie
I patrzyłeś jak płacze i modlitwy słabły
Głowa skryta w dłoniach – łzy spływające w piasek
Ryk lwów
Gdy ofiara leży samotna i potępiona

Gdy agonia pochodzi bardziej z nadziei niż porażki
Spójrz dalej niż twoje uprzedzenia i oczekiwania
Gdzie siła umysłu może cię zabrać poza zasięg
Wyżej niż nuda i zwykły świat który tak dobrze znasz
Z powrotem do raju…

Kto trzyma dziecko – powiedz mi która jest matką
Pragnienie w jej oku, i oczach tej drugiej
Widziałem to wcześniej, byłem tu wcześniej
Przetnijcie dziecko wpół, dajcie po kawałku obu kobietom
Rozpaczliwa szansa gdy ostatnia nadzieja upadła
Tak jak przedtem, już kiedyś to czułem
I te bulgoty śmiechu
Są jeszcze raz echem w moim sercu

Tak więc leżę w ramionach mojej matki
I płaczę w jej ramionach, modląc się
Żeby przyszedł już koniec
By przybył przyjaciel i uratował mnie – właśnie teraz
Słucham głosu matki
I słyszę jedyny wybór jakiego mogła dokonać
Żywy strach, zimny i nagi
Odrzucić mnie? Nie odrzucaj mnie
“Weź dziecko, jest twoje!”
Było jedyną rzeczą którą mogła powiedzieć…

Czy to ma dla ciebie znaczenie?
W lwiej klatce wszyscy jesteśmy jednakowi
Czy to ma dla ciebie znaczenie?
To dziecięca gra z dziecięcym imieniem
Czy to ma dla ciebie znaczenie?
Jeśli zrzucę winę na twe barki
Nie próbuj oszukać świata
Nie próbuj znowu rządzić nim

Wrzucam swoje życie do ognia
Wraz ze starymi miłosnymi listami
I koronkami z Nottingham
Próbując zapomnieć o ciepłych objęciach
Wideokolacjach i zabawnych twarzach
Czy to ma dla ciebie znaczenie?
Czy to ma dla ciebie znaczenie?
Czy to ma dla ciebie znaczenie?
Czy to w ogóle ma znaczenie?

***

Historia biblijnego Salomona, opowiedziania na kilku płaszczyznach i poprzez to fajna. Także muzycznie, gdyż całość zamyka się w piętnastu minutach rozbudowanej “prawie-że” suity. Samiutkie początki zespołu stworzonego przez byłego perkusistę Marillion i klawiszowca-pracoholika. Grają z powodzeniem do dziś, a ja osobiście mam nadzieję na nową płytę w tym roku.

Dream Theater – Disappear

•27 czerwiec 2007 • Dodaj komentarz

“Disappear”
z albumu “Six Degrees Of Inner Turbulence”

Why, tell me the reasons why
Try, still I don’t understand
Will I ever feel this again
Blue sky, I’ll meet you in the end
Free them, free the memories of you
Free me, and rest ’til I’m with you

A day like today
My whole world has been changed
Nothing you say
Will help ease my pain

Turn, I’ll turn this slowly round
Burn, burn to feel alive again
She, she’d want me to move on
See me, this place I still belong
Give chase, to find more than I have found
And face, this time now on my own

Days disappear
And my world keeps changing
I feel you here
And it keeps me sane

So I’m moving on
I’ll never forget
As you lay there and watched me
Accepting the end
I knew you were scared
You were strong I was trying
I gave you my hand
I said it’s okay letting go time to leave here
And I’ll carry on
The best that I can without you here beside me
Let him come take you home

***

“Znikając”

Dlaczego, powiedz mi dlaczego
Spróbuj, bo wciąż nie rozumiem
Czy kiedykolwiek jeszcze to poczuję?
Błękitne niebo, spotkamy się na końcu
Uwolnij je, uwolnij swoje wspomnienia
Uwolnij mnie i odpoczywaj póki jestem z tobą

Dzień taki jak dziś
Mój cały świat się zmienił
Nic co mówisz
Nie pozwoli zmniejszyć mojego bólu

Obrócę, obrócę to bardzo powoli
Płonę, płonę by znów poczuć że żyję
Ona, ona chcę żebym już ruszył
Widzę siebie, to miejsce do którego należę
Zacznę szukać by znaleźć więcej niż dotychczas znalazłem
I zmierzę się z wszystkim, tym razem zdany tylko na siebie

Dni znikają
A mój świat ciągle się zmienia
Czuję cię tutaj
I to sprawia, że nie wariuję

Tak więc przemieszczam się
Nigdy nie zapomnę
Gdy leżałaś tu i patrzyłaś na mnie
Akceptując koniec
Wiem, że się bałaś
Byłaś silna, gdy ja próbowałem
Podałem ci rękę
Odchodząc powiedziałem, że wszystko w porządku, czas ruszać
I jakoś sobie poradzę
Najlepsze co mogę zrobić bez ciebie obok
Pozwól mu przyjść i zabrać cię do domu

***

Trochę ta podróż trwała, nieprawdaż? Wygląda jednak na to, że od tej pory będę miał znacznie więcej czasu na dodawanie nowości.

Planuję znacznie bogatszy projekt dotyczący Dream Theater, na który jednak potrzeba sporej ilości czasu. Żeby zadośćuczynić więc tym, którym obiecałem tekst tego właśnie zespołu, dzisiaj prezentuję dość krótki fragment twórczości nowojorczyków. Postanowiłem dodawać do każdego tekstu także tytuł płyty z której dany tekst (i utwór) pochodzi. “Disappear” zamyka pierwszą płytę podwójnego albumu “Six Degrees Of Inner Turbulence” wydanej w 2002 roku. Na pierwszy krążek złożyło się pięć stosunkowo długich utworów, wyjątkiem właśnie ten omawiany, bo trwa ledwie niespełna siedem minut. Dla porównania pozostałe zamykają się w przedziale 9:30 – 14:00. Druga płyta to natomiast tytułowa suita, która trwa aż 42 minuty, a składa się nań osiem części.

“Disappear” rozpoczyna się dość niepokojąco, jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi odgłosami, z których wyłaniają się klawisze. W późniejszej części piosenki do głosu dojdą także wszystkie pozostałe instrumenty jakimi posługują się muzycy Dream Theater, ale mimo wszystko utwór ten można zakwalifikować jako balladę. Lubię tu śpiew Jamesa LaBrie, może bardziej podświadomie wczuł się w wykonywanie kawałka do którego sam napisał słowa (co się raczej rzadko zdarza). Tekst jest ogólnie dość smutny, choć z pewnością można obrać kilka dróg do interpretacji. Jakieś propozycje?

Queensryche – The Killing Words

•8 czerwiec 2007 • 1 komentarz

“The Killing Words”
z albumu “Rage For Order”

Wait for me I’ll understand
I just need time to comprehend your changes
There’s always been these changes in you
I remember that there was a time when
Fears we had we left behind and we danced
But it seems the more we learn
We learn that it’s

Over, Over
It’s dangerous this game we play
You’re killing me with words

Forget if you can
The way you moved when our hands touched
You forced me to force you
Do you remember the dreams,
the nightmares we shared?
The poison of love so pure it’s deceiving
And deceit is all we have it’s got to be over

Over, Over
It’s dangerous this game we play
You’re killing me with words
Over, Over
Too late to take a chance again it’s over

***

“Zabójcze słowa”

Poczekaj na mnie, zrozumiem
Tylko potrzebuję czasu by pojąć twoje zmiany
Zawsze były te zmiany… w tobie
Pamiętam, był taki czas,
Gdy wszystkie lęki zostawialiśmy za sobą i tańczyliśmy
Ale im więcej się uczymy
Rozumiemy, że to

Koniec, koniec
Niebezpieczna jest ta gra w którą gramy
Zabijasz mnie słowami

Zapomnij jeśli możesz
Sposób w jaki się poruszałaś gdy nasze dłonie się spotykały
Zmusiłaś mnie bym zmusił cię
Czy pamiętasz te sny,
Koszmary które dzieliliśmy
Miłosna trucizna tak gładko oszukuje
To oszustwo to wszystko co mamy, to musi być koniec

Koniec, koniec
Niebezpieczna jest ta gra w którą gramy
Zabijasz mnie słowami
Koniec, koniec
Za późno by otrzymać jeszcze jedną szansę, to koniec

***

Tak to czasem bywa, że z biegiem czasu (i życia) coraz bardziej i bardziej coś nas rozczarowuje, a “ten cholerny los jakby się na nas uwziął”. Takie prawo serii. Oczywiście jednym z najbardziej rozczarowującogennych czynników jest nasza interakcja z drugim człowiekem. Komunikacja też czasem szwankuje, i stąd wszelkie nieporozumienia, niezrozumienia i pomyłki. A potem nasza wspaniała pamięć złotej rybki jakby się kasowała. I znowu się zaczyna.

Tak oto dotarliśmy za ocean, a wkrótce przeniesiemy się z Seattle do Nowego Jorku, by sprawdzić, o czym tam piszą rdzenni nowojorczycy z Teatru Marzeń.

Opeth – Hope Leaves

•1 czerwiec 2007 • 5 komentarzy

“Hope Leaves”
z albumu “Damnation”

In the corner beside my window
There hangs a lonely photograph
There is no reason
I’d never notice
A memory that could hold me back

There is a wound that’s always bleeding
There is a road I’m always walking
And I know you’ll never return to this place

Gone through days without talking
There is a comfort in silence
So used to losing all ambition
Struggling to maintain what’s left

Once undone, there is only smoke
Burning in my eyes to blind
To cover up what really happened
Force the darkness unto me

***

“Nadzieja odchodzi”

W rogu obok mojego okna
Wisi samotna fotografia
Nie ma żadnej przyczyny
Nigdy nie zauważę
Wspomnienia które mogłoby mnie powstrzymać

Jest taka rana, która zawsze krwawi
Jest taka droga, którą zawsze podążam
I wiem, że nigdy nie wrócisz do tego miejsca

Zmierzając przez dni bez rozmów
Jest jakaś wygoda w ciszy
Tak przyzwyczajony do utraty ambicji
Walczę by utrzymać to, co zostało

Raz niezrobione, został tylko dym
Sprawia, że ślepnę
Zakrywając to, co rzeczywiście się stało
Spychając ciemność pode mnie

***

Cóż mogę rzec, bardzo smutna to pieśń. Tekst jest oczywiście odpowiednio wsparty wspaniałą muzyką, a zwłaszcza prześliczną linią basu. Cała płyta “Damnation” jest niejako eksperymentem tego szwedzkiego zespołu. Panowie postanowili sekundkę odpocząć, odstawiając podwójną centralę i growlowane partie wokalne. Ładnie im to wyszło. Warto zwrócić uwagę jeszcze zwłaszcza na utwory “Windowpane” oraz “In My Time Of Need”.